English version

<<   < Jeszcze Smartkoń >   >>



Co to są przybździły?

Mój dziadek mieszka niedaleko mojej szkoły i czasami po lekcjach nie wracam od razu do domu, ale najpierw idę go odwiedzić. Gdy ostatnio przyszedłem do niego, dziadek był w nieco sentymentalnym nastroju. Poznałem to po tym, jak kulił się w kącie i łkał, wycierając łzy w starą chusteczkę. Na mój widok szybko opanował się i podniósł.

– Co się stało? – spytałem.

Dziadek tylko potrząsnął głową i machnął ręką w kierunku stolika, na którym leżał album ze zdjęciami.

– Wspomnienia się stały – mruknął i usiadł na kanapie, a ja zbliżyłem się do stolika.

Album wypełniały zdjęcia, prawie wszystkie czarno-białe. Na kilku rozpoznałem dziadka. Ale z niektórymi było coś nie tak – były zupełnie czarne, jakby ktoś prześwietlił film. A mimo to, zdjęcia te miały podpisy – i niektóre z nich były naprawdę dziwne. „Świeże przybździły (wiosna roku ‘19)”. „Klucz drunów w drodze na południe (październik ‘14)”. „Ja z moimi wartkami (prawdopodobnie ‘27)”. Wziąłem album i usiadłem obok dziadka na kanapie.

– Dziadku, co to są przybździły? – spytałem.

– Ach… Przybździły… – Dziadek uśmiechnął się gorzko, wpatrując się w jeden z czarnych kawałków papieru. – Gdybym tylko mógł ci wytłumaczyć…

– Myślisz, że jestem za mały? – Poczułem się nieco urażony. Byłem już w trzeciej klasie.

– Nie o to chodzi. Nie mogę ci wytłumaczyć, co to znaczy, bo… bo to już nic nie znaczy. Zostało nam samo słowo, bez znaczenia.

– Nie rozumiem. – Zmarszczyłem czoło.

– No, oczywiście, że nie, w sumie to o to tu chodzi, nie? Hmm... – Dziadek poskrobał się po brodzie. – Ale naprawdę nic nie wiesz, co się stało? Nie słyszałeś nigdy o Słownych Piratach?

– Wielu było sławnych piratów… – Wzruszyłem ramionami.

– Słownych, nie Sławnych! Słuchaj, co mówię, to ja tu jestem głuchy!

– Przepraszam – wymruczałem pokornie.

– No dobrze, ale ja nie wiem, czego was... – Potrząsnął głową. – No, to było tak… Wiele lat temu, kiedy byłem w twoim wieku, a może nawet jeszcze młodszy, każde dziecko miało swoją nurkę. W sklepach były całe półki płaśników. A po drodze do lupanara łatwo było natrafić na szarmudy czy wdroje. – W oczach dziadka migotały radosne iskierki. – A przybździły… Nigdy – uniósł wyciągnięty w górę palec – powtarzam, nigdy nie miałem w ustach niczego tak słodkiego i delikatnego. No, może poza... Nie, też nie. Nigdy.

– I co się z nimi stało?

– Przybyli Słowni Piraci – rzekł dziadek cicho. – I odebrali nam je. Odebrali nam nasze najukochańsze znaczenia.

– Zabrali wszystkie przybździły?

– Zabrali ich znaczenie. Zostały tylko puste słowa.

– Jak? Dokąd? Dokąd je zabrali?

– Donikąd. W przeszłość. Nie wiem. Nikt nie wie. – Dziadek potrząsnął głową, chwycił album i zatrzasnął go. – Nie ma o czym gadać. Ale uważaj! – Chwycił mnie za ramię i wbił we mnie wzrok. – Pamiętaj i uważaj! Nie daj wypatroszyć sobie własnych słów. Będziesz uważał?

Posłusznie pokiwałem głową.

Tamtego dnia spytałem rodziców o Słownych Piratów, ale powiedzieli, że dziadek plecie bzdury. Mi też się tak wydaje, ale i tak przybździły zapadły mi w pamięć. Za każdym razem, gdy próbuję czegoś nowego, zastanawiam się, czy tak właśnie mogły smakować.