English version

<<   < Co to są przybździły? Poranek Omara Chajjama >   >>



Smartkoń

Zabrałem się dziś do pracy autem. Stałem na światłach osiedlowego skrzyżowania, gdy ktoś za mną wcisnął hamulec o kilka ułamków sekundy za późno. Zatrzęsło się, jakby rozpoczęła się wojna nuklearna mrówek i huknęło, jakby stu klaunów jednocześnie przewróciło sto miedzianych garnków. Poduszka powietrzna wcisnęła mi się w twarz, wgniatając okulary głęboko w oczodoły. Czułem się jak sardynka w zgniecionej puszce, więc otworzyłem drzwi, wycisnąłem się z auta i z trudem odnalazłem się na zewnątrz. Poza bólem nosa, szczęśliwie nie odniosłem żadnych widocznych – czy też odczuwalnych – obrażeń.

Samochód, który we mnie uderzył, prowadzony był przez parę starszych mężczyzn, na oko z okresu triasowego. I, tak, samochód prowadzony był przez obu dinozaurów, nie jednego czy drugiego. Ten, który fizycznie trzymał kierownicę, siedział po stronie kierowcy i sprawiał ogólne wrażenie, jakby rzeczywiście kierował, był, jak później się dowiedziałem, funkcjonalnie ślepy. Drugi funkcjonał jak GPS, wydając komendy głosowe i udzielając wskazówek takich, jak: "Mamy czerwone", "Trochę bardziej w lewo" lub "Hamuj!". Okazjonalnie także zajmował się zmianą biegów lub stacji w radiu. Dlaczego sam nie prowadził? "Nigdy nie czułem się pewnie za kierownicą".

Przód antycznego auta tej prehistorycznej pary zgniótł się niczym mokre origami; mój nowszy model ostał się z powierzchownymi uszkodzeniami. Ku mojemu zaskoczeniu, żaden ze starszych panów również nie był uszkodzony.

Policja przyjechała po kilku minutach, reprezentowana przez jednego policjanta na koniu. W międzyczasie powstał mały zator – droga była jednopasmowa i chociaż moje auto posłusznie dało się przeprowadzić na pobocze, stara bestia sprawców mojego nieszczęścia zaparła się i za nic nie chciała ruszyć. Ale stróż naszego prawa i porządku szybko przybył z pomocą.

Policjant zeskoczył z konia, zachwiał się, odzyskał równowagę, wysłuchał wyjaśnień, oszacował problem, przeanalizował dostępne rozwiązania i podjął odpowiednie kroki – a mianowicie, poklepał swojego partnera po zadzie i powiedział do niego głośno i wyraźnie:

– Aleks, chcemy przesunąć ten pojazd tam – wskazał kolejno auto staruszków oraz miejsce na trawniku obok mojego samochodu.

Następnie odstąpił na bok i gestem zaprosił nas, byśmy dołączyli do niego.

– Teraz tylko patrzcie – powiedział.

Koń wysłuchał polecenia, oszacował problem, przeanalizował dostępne rozwiązania i przystąpił do realizacji optymalnego. Wyciągnął uprzęż, przymocował do auta i założył na siebie. Powoli, kawałek po kawałku, przeciągnął auto na trawnik. Trudno było mi zrozumieć proces – widziałem moment, kiedy koń nie miał na sobie uprzęży, i moment, kiedy znajdowała się już na jego grzbiecie, ale co się stało pomiędzy? Nie oderwałem wzroku od całej operacji, ale i tak nie jestem w stanie nijak jej wyjaśnić.

– Sprytna bestia – bąknąłem.

– O, tak. Czego to one nie potrafią zrobić? Niektórzy się śmieją, ale ja myślę, że konie to przyszłość.

Ten konkretny ambasador przyszłości zakończył swoje zadanie, zdjął i schował uprząż – ponownie nie jestem w stanie zrelacjonować, czy nawet pojąć, jak to się dokonało – i stanął u boku policjanta, trącając jego kieszeń nosem. Ten wyciągnął z niej jabłko i dał zwierzęciu do zjedzenia.

– Nie wiedziałem, że w ogóle macie konie w służbie – zagadnąłem.

– O, tak. Mamy. Ludzie mogą myśleć różne rzeczy, ale zawsze staramy się być o krok naprzód z techniką, nie jesteśmy staroświeccy, wie pan?

– Ekhm – jeden ze staruszków, "kierowca", zwrócił na siebie uwagę. – A potrafi klepać blachę?

– A nawet nie wiem – policjant poskrobał się po brodzie. – Spróbujmy.

Wskazał na dopiero co przetransportowane auto i zwrócił się do konia, tak samo jak wcześniej ostrożnie artykułując każdy wyraz:

– Aleks, chcemy to naprawić.

Staliśmy na trawniku i patrzyliśmy – a przynajmniej trójka z nas patrzyła.

– Kto by pomyślał – powiedział widzący staruszek. – A te kopyta wyglądają na takie niezgrabne.