English version

<<   < Poranek Omara Chajjama Misiu >   >>



Igrzysko bogów

Wódz był jeszcze silny, w kwiecie wieku, gdy zginął, rażony piorunem. Wszyscy opłakiwali śmierć Ojca plemienia, a najbardziej jego Syn, jedyny potomek. Zanim zmarł, Wódz mianował go na swojego następcę i wszyscy przyjęli tę decyzję.

W następne przesilenie zimowe, zgodnie z tradycją, Syn wyrzeźbił z drewna sosnowego figurkę swojego poprzednika, wrzucił ją do ogniska i modlił się o jego powrót, póki się nie spaliła. I gdy ostatnie drzazgi zmieniły się w popiół, stał się cud – po drugiej stronie ogniska siedział Ojciec. Wszyscy uradowali się na jego powrót. Syn chciał przekazać mu z powrotem władzę, ale ten odmówił.

– Ty zostałeś Wodzem i ty nim pozostaniesz – powiedział. – Raz na zawsze, do końca życia. Nic nie może tego zmienić, tylko twoja śmierć.

Ale wkrótce ludzie zaczęli przychodzić do Ojca po poradę, bo Syn był niedoświadczony i miał problem z rozwiązywaniem niektórych spraw. Ojciec odsyłał ich do Syna, ale i tak z każdym dniem coraz mniej ludzi traktowało Syna jak Wodza. W końcu Ojciec postanowił opuścić plemię. Pożegnał się z Synem i po kryjomu odszedł w las. Szedł przez trzy dni, aż znalazł ustronne miejsce i zbudował tam sobie dom. Ale ludzie go znaleźli i znów do niego przychodzili. Niektórzy zaczęli nawet budować własne chaty wokół jego siedziby, mimo jego protestów.

Pewnego dnia Syn siedział sam w swojej chacie i rozmyślał. Nagle zobaczył w progu zjawę pod postacią swojej zmarłej Matki.

– Twoje plemię się rozpada – powiedziała. – A ty nic nie robisz, Wodzu?

– A co mogę zrobić? – spytał.

– Wszystko, co musisz – odpowiedziała. – Przysiągłeś bronić plemienia.

Wyciągnęła rękę i Syn zobaczył, że trzyma w niej nóż. Upuściła go i ostrze wbiło się w próg. Następnie obróciła się i wyszła, ale gdy Syn pobiegł za nią, już jej nie zobaczył.

Tego wieczora Syn poszedł do Ojca. Ludzie widzieli jego twarz i rozstępowali się przed nim. Syn wszedł do chaty Ojca, a ludzie zgromadzili się wokół i czekali. Po kilku minutach wyszedł Wódz – łzy spływały po jego policzkach, krew spływała po ostrzu noża. Wszyscy pokłonili się przed nim, po czym wrócili za nim do wioski.

W następne przesilenie zimowe, zgodnie z tradycją, Wódz wyrzeźbił z drewna sosnowego figurkę swojego poprzednika, wrzucił ją do ogniska i modlił się o jego powrót, póki się nie spaliła. Nóż leżał na jego kolanach.