Polska wersja

<<   < Dziecko czasu



W drodze do teatru

Mój krok był zdecydowany, moje myśli spokojne. Drwiłem sobie z losu, z premedytacją raz to stawiając stopę na skrzyżowaniu szarych płytek, raz to mieszcząc się w kwadratowych granicach. Ze wzrokiem nieopatrznie skupionym na czubkach własnych butów, nie dostrzegłem znaków na niebie, pierwszego zwiastuna mojego nieszczęścia. Słońce, choć powinno świecić mi w oczy, znajdowało się za moimi plecami. Gdy uświadomiłem sobie ciepło odczuwane na karku, wywołało to u mnie pewien niepokój, ale nie od razu stwierdziłem, jaka jest jego głębsza przyczyna. Postawiłem jeszcze dwa kroki (oba na skrzyżowaniach) i dopiero wtedy zwróciłem uwagę na ustawione wzdłuż chodnika auta. Wszystkie skierowane w jedną stronę, wszystkie gapiły się na mnie martwymi reflektorami. Droga była jednokierunkowa. Pamiętałem jednak dokładnie, jak z obu stron zjeżdżały się samochody, by jak najszybciej zająć nieliczne miejsca parkingowe, gdy poprzednim razem udałem się do tego samego przybytku kultury. Stałem przed wejściem, patrzyłem na przepychankę parzystokołowego stada i myślałem sobie, że gdyby tylko nie był wieczór i gdybym nie przyjechał taksówką, tylko przyszedł z przystanku przy głównej i gdybym pomylił drogę i w kluczowym momencie skręcił w prawo zamiast w lewo, słoneczko przyjemnie grzałoby mnie po karku.

Niektórzy takie gdybania uznają za nonsens i stratę czasu, ale ja już nigdy nie zwątpię w siłę przeczuć.

Nie stanąłem jak wryty w miejscu, nie obróciłem się na pięcie, by pospieszyć w przeciwnym kierunku. Poza reflektorami gęsto upakowanych samochodów, obserwowały mnie również inne oczy, ludzkie oczy. Z jednej i z drugiej strony ulicy mimowolni świadkowie mojej tragedii poruszali się w pojedynkę, parami, grupami. Ich wzrok niemal ześlizgiwał się po mnie, prawie nie zwracali na mnie uwagi, zajęci własnymi problemami, ale oczywiste było przecież, że gdybym nagle stanął na środku chodnika i zawrócił, może jeszcze dodając stłumiony okrzyk frustracji i olśnienia, teatralne machnięcie dłonią czy plaśnięcie w czoło, wszystkie oczy zwróciłyby się ku mnie. Pośmiewisko.

Zwolniłem nieco kroku, starając się pośród oparów gorączkowych myśli zachować naturalność chodu – lewa, prawa, lekki wymach lewą ręką, ale nie tak mocno, to też przecież głupio wygląda… Przestałem zwracać uwagę na skrzyżowania i pęknięcia na chodniku, szedłem na ślepo. Wydobyłem z kieszeni na piersi i włożyłem okulary przeciwsłoneczne. Specjalnie wybrałem takie szkła, za którymi wcale nie widać moich oczu – dzięki temu nikt nie widzi, na co patrzę. W tamtej chwili ich zaletą było również to, że ukrywały moją panikę. Żeby dać sobie czas do namysłu, stanąłem i ostrożnie przykucnąłem z boku chodnika, wciśnięty między dwa auta. Całkowicie normalne zachowanie; każdy człowiek, nawet jeśli jest świetnie zorientowany w swojej sytuacji i wie dobrze, dokąd idzie, czasami przystaje, by zawiązać sobie sznurówki. A jednak – fatalny błąd. W całej tej nerwowości zapomniałem bowiem, że ubrałem buty bez sznurówek, bardzo wygodne mokasyny, lepiące się wprost do stopy. Zacząłem więc poprawiać sobie skarpetki, skulony w tym fatalnym przykucu, z nadzieją, że z większej odległości wygląda to jak rzetelna praca. Podciągałem je, ściągałem, wydobywałem z nich nawet niewidzialne kamyczki. Dyskretne spojrzenie rzucone w górę dało mi znać, że ta gra pozorów musiała być skuteczna – wszyscy mijali mnie bez ceregieli, zwiedzeni pantomimą. Przyszło mi do głowy, że mógłbym wykorzystać moją niepozorną pozycję do taktownej zmiany kierunku – mógłbym powolutku, milimetr po milimetrze, obrócić się w miejscu o sto osiemdziesiąt stopni, po czym wstać i dołączyć do przechodniów zmierzających we właściwym (dla mnie) kierunku, nieświadomych, że właśnie wślizgnął się pośród nich oszust. Ba, mógłbym nawet jednym dramatycznym ruchem podnieść się i obrócić, udając, że od początku zmierzałem w tym samym kierunku, a poprawiając sobie skarpetki ustawiłem się do niego tyłem bo, powiedzmy, słońce świeciło mi w oczy. Wszyscy obecni przy tym, jak kucałem, już dawno znaleźli się daleko i nie mogli mnie zdemaskować. Plan ten wymagał pewnej gracji i lekkości ruchów, których jednak wcale mi nie brakowało, musiałem tylko przemyśleć wszystkie posunięcia – pląs stóp, skręt bioder… Byłem już prawie gotowy do taktycznie taktownej akcji, jeszcze tylko parę stabilizujących oddechów, gdy zdrętwiałem, a moje dłonie, cały czas zajęte ugniataniem miękkiego materiału na moich stopach, zalał pot. Mój wzrok wpadł w sidła zimnego, twardego spojrzenia sześciolatka z lodem na patyku, stojącego po drugiej stronie ulicy i wpatrującego się we mnie bez mrugnięcia okiem. Jak długo mnie obserwował? Czy przejrzał już wszystkie moje plany? Uciekłem przed jego wzrokiem, udałem wnikliwe zainteresowanie czystością swoich butów, ale kątem oka widziałem, że nie drgnął nawet, jeśli nie liczyć powolnych ruchów języka i dłoni z lodem. Nie miałem innego wyjścia; z podkulonym ogonem, ale za to z jakże elegancko ułożonymi skarpetkami, dźwignąłem się i ruszyłem w tym samym, błędnym (dla mnie) kierunku, oddalając się z każdym krokiem od celu. Na karku czułem teraz nie tylko palące słońce, ale także piętno spojrzenia tego dziecka, pilnującego porządku na ulicy lepiej niż niejeden policjant.

Przyszło mi do głowy, że mógłbym skręcić w najbliższą uliczkę, w lewo czy w prawo, tym razem, o ironio, bez znaczenia, po czym jeszcze raz w tym samym kierunku – i tym sposobem zmylić pogoń spojrzeń. Taki objazd nadłożyłby trochę drogi, ale nikt za to nie będzie zwracał uwagi na kogoś, kto skręca. Skręcanie jest naturalne i zdrowe; zawracanie w miejscu radykalne i niebezpieczne. Plan ten całkiem mi się podobał, jednak problem polegał na tym, że nie bardzo było gdzie go zrealizować. Po obu stronach ulicy kamienice powojenne pice ciągnęły się bez przerwy, pochylały się nade mną, rozdziawiały gęby-drzwi, o bladych oknach nie wspominając. Szczerbate fasady łaskotały po niebie, ale nie były w stanie wyłaskotać z niego ani trochę deszczu. Deszcz by pomógł; mógłbym pod pozorami ucieczki przed wilgocią stanąć na parę chwil w jednym z półkolistych przejść, prowadzących na puste, ślepe placyki, nonszalancko oprzeć się o ścianę, spokojnie upewnić się, że nie ma w pobliżu żadnego gówniaka z cukrzycą in statu nascendi, po czym zwycięsko acz bez rozgłosu wrócić tam, skąd przybyłem, niczym Sherlock Holmes wycofujący się znad przepaści po własnych śladach. Teraz jednak, jak na złość, nawet kropli. Rzygacze, strażnicy ulicy, rozdziawiały puste pyski, jakby zastygłe w suchym kaszlu.

Ale zaraz! Przecież w tych przejściach kryły się też klatki schodowe i domofony. Sformułowałem nowy plan. Podejdę, zadzwonię, udam, że załatwiam sprawę, jak zwykły obywatel ze zwykłym obywatelem, po czym oddalę się z godnością w drogę powrotną. Tak naprawdę tylko spytam o fikcyjnego lokatora, przeproszę za pomyłkę i się pożegnam, ale o tym nikt się nie dowie. Ci na górze, wiedzący o gafie, nie będą w stanie przypisać do niej twarzy czy choćby figury; ci na dole, obserwujący twarz i figurę, nie poznają się wcale na gafie. Wystarczyło mi tylko wybrać puste przejście, w którym przed słońcem chować się będą tylko koty (wyzwanie – daj mi swojego kota, a wygram z nim pojedynek na spojrzenia).

Szedłem powoli, trzymając się krawężnika, by pod jak najkorzystniejszym kątem obserwować kolejne przejścia. W końcu dostrzegłem obiecująco wyludnione wejście na klatkę schodową. Pospiesznie skręciłem, zbliżyłem się do drzwi i uniosłem rękę do domofonu, gdy zatrzymał mnie głos za plecami.

– Nie działa, ale może pan wchodzić, otwarte.

Obejrzałem się. Na ławeczce za moimi plecami siedział, czy może raczej rozlewał się, sporych gabarytów staruszek. Głupi, głupi, głupi! Dlaczego przed skrętem nie zwolniłem, nie zerknąłem, czy za rogiem ściany nie czyha tego rodzaju zagrożenie? Euforia mnie poniosła. Ale teraz było już za późno. Podziękowałem mu skinieniem głowy i wszedłem do środka.

Plan się zmienił, czy też ¬– został podarty na strzępy. Musiałem improwizować. Nie mogłem po prostu obrócić się i wyjść. Staruszek obserwował bacznie klatkę i musiałem spędzić w środku wiarygodny czas. Nie mogłem też po prostu postać przy drzwiach przez minutę czy dwie, bo to przecież też podejrzanie wygląda. Nikogo na klatce – chyba – nie było, ale może są ukryte kamery. Co by zrobił złodziej, gdyby dostał się do klatki – może właśnie tak stał w miejscu i podejrzanie się wszystkiemu przyglądał? Staruszek najwyraźniej nie obawiał się we mnie złodzieja, więc może to spokojna dzielnica, bez włamań, może nie mieli powodu montować kamer… A może właśnie staruszek czuł się bezpiecznie, bo wie, że chroni go elektroniczne oko?

Wszystko to przemknęło mi przez głowę w czasie drogi między drzwiami a pierwszym stopniem schodów. To nie był czas na wahanie; to był czas działania. Postanowiłem, że na potrzeby hipotetycznych kamer udam, że dzwonię do jakiegoś mieszkania, a tak naprawdę tylko muśnięciem palca zetrę kurz z dzwonka, odczekam chwilę, po czym odwrócę się i pójdę swoją drogą, doskonale odgrywając rolę znajomego, który akurat nie zastał gospodarza.

Stanąłem przed drzwiami pierwszego mieszkania. W soczewce judasza uwięziona była malutka figurka. Uniosłem rękę, by zadzwonić, ale tego dnia jakaś zawistna siła nie z tego świata dbała o to, by nie doszło do żadnego kontaktu między moimi palcami a przyciskami dzwonków. Drzwi otworzyły się bez ponaglania i moim oczom ukazała się kobieta w wieczorowym stroju, wyraźnie zaskoczona moim widokiem. Szybko opuściłem rękę.

– Ńdobry – przywitałem się. – Jest Marek?

A ona, zamiast wypowiedzieć swoją kwestię – „tu żaden Marek nie mieszka” – obróciła się i powiedziała:

– Marek, ktoś do ciebie.

Nim zdążyłem zareagować, postać kobieca zastąpiona została przez męską, udekorowaną w elegancki garnitur.

– Tak? – spytał obcy Marek.

– Ach, to musi być pomyłka, innego Marka szukałem. Czy to Dębowa 3? – wybełkotałem.

Obcy Marek zmarszczył brwi.

– To chyba zupełnie inna część miasta.

– No to właśnie przecież mówię, że pomyłka. Kuję i do widzenia.

Obróciłem się i szybko ruszyłem w dół schodów. Z ulgą usłyszałem za sobą trzaśnięcie drzwi. Byłem wolny, z powrotem na właściwym szlaku. Wyślizgane schody zastąpił koci bruk, koci bruk zastąpiły szare płytki, ale ja ich wcale nie czułem, byłem zbyt podekscytowany. Wreszcie! Cisnąłem triumfalne spojrzenie staruszkowi, ale nie zwrócił na mnie uwagi, zasnął chyba. Niezrażony, dołączyłem do ruchu ku słońcu, ku przedstawieniu, które zaczynało się, jak sprawdziłem, za całe piętnaście minut, mnóstwo czasu, aż nadto dosyć, by dystyngowanym, pewnym siebie krokiem dostać się na miejsce, bezbłędnie wybierając drogę pośród poplątanych uliczek.

Myślałem, że moja radość osiągnęła już zenit, gdy dostrzegłem po drugiej stronie ulicy mojego małego kata. Lód leżał przed nim na chodniku, wbity w beton, mała kałuża nieszczęścia. Dziecko wpatrywało się w stracony smakołyk; nie odrywało od niego wzroku. Twarz miało pustą, wyżętą z emocji. I niech mi ktoś próbuje wmówić, że nie ma sprawiedliwości na świecie.