English version

<<   < Wyrostek robaczkowy Foczywilk >   >>



Fajki

Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że każdy ma swój nałóg, myślożerną przepaść, w którą trzeba się kiedyś rzucić. Człowiek ostrożny świadomie wybierze matnię, w której się zagłębi, zbada smak wiatru, przebije się przez chmury, mgłę i ciemność, by wysondować dalekowzrocznym okiem stan dna – miejsce triumfalnego upadku. Ktoś nierozważny zaś może dać się skusić pierwszemu lepszemu klifowi, który ściągnie jego wzrok, zmami łagodnym zboczem i brzękliwym błyskiem pirytu. Źle dobrany nałóg może stać się wylęgarnią złośliwych, wysysających żywotność pasożytów. Dobrze dobrany – pryzmatem, którym rozszczepimy świat wedle naszego boskiego upodobania.

Dla mojego ojca nałogiem były fajki. Ich smukłe towarzystwo podniecało jego zmysły w sposób przekraczający moje rozumienie. Fajki mówiły do niego językiem, który cały mieścił się w gramatyce dotyku, leksykonie zapachu, delikatnej fonologii formy ustnika. Dla mnie mogły być tylko ładnymi kawałkami drewna, metalu i bursztynu, ale on słyszał i rozumiał historie, jakie opowiadały.

Nasze ognisko domowe miało charakter bezwzględnie metaforyczny. Matka wypędziła z domu pierwszy wynalazek ludzkości, odrzucony niczym zabawka domokrążcy. Była to jej osobista wojna, waśń rodowa rozpoczęta jeszcze za dzieciństwa, gdy jej brat zginął w pożarze.

Ojciec godził się na to wygnanie, choć nie bez bólu – jego pasja stawiała go pośród wielbicieli nieuchwytnych, złotych błysków. Zdarzało mi się przyłapywać go, jak grzebie w popiołach porzuconego kominka. Na jedno ustępstwo matka musiała się zgodzić – kolekcja fajek nie byłaby dla ojca kompletna bez pudełka zapałek. Nigdy nie używane, leżały w kącie gabloty, zbierały kurz i niezadowolone spojrzenia.

Ojciec nigdy nie palił. Często siadał w fotelu, brał laptop na kolana i przeglądał wieści ze świata, a fajka tkwiła w jego ustach, zimna, pusta, pieszczona mocnym zgryzem. Gęste brwi uginały się pod brzemieniem nieszczęść; każde szczęście stawało się pełniejsze, bo uczestniczyły w nim lekkie, dobrotliwe zmarszczki w kącikach ust. Nowiny walczyły z fajką o uwagę. Gdy artykuł był nieciekawy, fajka żwawo wędrowała między zębami, co bardziej zajmujący zaś sprawiał, że wisiała w miejscu, w na wpół uchylonej szczęce. W tym starciu nowoczesności z tradycją ostatecznie triumfował laptop, ale było to pyrrusowe zwycięstwo. Fajka wypadała z ust i lądowała na klawiaturze, a ojciec, zawstydzony altruistycznym poświęceniem dla spraw świata i nienależytym wypełnianiem doraźnych obowiązków, zatrzaskiwał czarną klapę, brał fajkę z powrotem do ust i poświęcał jej już pełnię uwagi, w zadumie wpatrując się w sufit. Od czasu do czasu zaciągał się głęboko, przeponą, i z mdłą satysfakcją wypuszczał nosem podmuch sterylnego powietrza.

Pewnego wiosennego dnia wróciłem do domu wypełniony energią świata rodzącego się do życia. Dni letargu minęły i byłem gotów do wielkich czynów. Stanąłem na środku pokoju, w rozdygotanym entuzjazmie nie mogąc się zdecydować, czego dokonać wpierw – zdjąć czapkę, kurtkę, buty? – gdy poczułem zapach dymu. Drzwi do salonu były, nietypowo, zamknięte. Otworzyłem je powoli, by ujrzeć mojego ojca w fotelu, z zapaloną fajką w zębach. Szare cirrusy unosiły się nad jego głową, potężne i lekkie zarazem. Animusz nowej epoki wdarł się nie tylko w moje żyły.

Ojciec skinął mi głową. Był spokojny, nie próbował bronić oczywistej herezji. Ale ja nie potrzebowałem żadnych wyjaśnień. Nie podzielałem skrytych heraklitejskich ciągotek ojca, ale też nie odziedziczyłem po matce awersji do najżywszego z żywiołów. Usiadłem naprzeciw ojca i uniosłem głowę. Kotłujące się smugi ścierały się ze sobą, eksplodując raz po raz w kalejdoskopach różnych odcieni szarości. Rozmaite kształty pojawiały się i znikały, nie odnajdując stabilności w zaledwie trzech wymiarach. Wkrótce cały pokój wypełniony był dymem. Nie widziałem już brzegów ani granic; każdy przedmiot był niewyraźny, półprzezroczysty. Wyciągnąłem rękę, wsunąłem ją do środka stolika i zacisnąłem dłoń na ciepłej, skocznej esencji.

Matka przyszła godzinę po mnie. Ojciec cały czas produkował swe szare materie i salon stracił już wszelkie pozory solidnej stałości. Świat skończył się i rozpłynął. Leżałem w szarym kokonie; motyle skrzydła muskały moje policzki, każdy centymetr mojego ciała był ciepły i bezpieczny. Jakaś metamorfoza nadchodziła, sama z siebie, wystarczyło posiedzieć chwilę, zaczekać.

Gdy matka stanęła w drzwiach, jej kolorowa nieprzezroczystość wydała mi się nierealna. Nie powiedziała ani słowa. W trzech krokach znalazła się przy oknie i otworzyła je na oścież. Dym, niczym jedna, świadoma istota, runął na zewnątrz, a chłód wiosennego wieczora wdarł się do środka. Momentalnie orzeźwiony, zerwałem się i stanąłem obok matki. Dym zakręcił piruet, wzniósł się nad blokami i skonsolidował w ciemną chmurę, z której zaczął padać gęsty deszcz. Krople były duże i przezroczyste, niczym szlachetne kamienie. Znienacka spadły przechodniom na głowy, czyniąc spustoszenie wśród młodych i starych. Niektórzy, przygotowani na wiosenne kaprysy pogody, otworzyli parasole.

Ojciec nie protestował. Fajka zgasła i wypadła mu z rąk. Głęboko pochylił głowę, ale nie potrzebowałem widzieć jego twarzy. Wstyd i żal unosiły się nad nim niczym para nad rozżarzonymi węglami, na które ktoś właśnie wylał wiadro wody. Od tego czasu nie było już zapałek w naszym domu, a kolekcja fajek została ukryta głęboko na strychu.