English version

<<   < Fajki Jeszcze >   >>



Foczywilk

Nota od tłumacza: Z braku obecności autora na scenie (N.N.), to mnie przypada zaszczyt prezentacji Foczywilka. Niniejszy tekst nawiązuje do wielu innych opowieści i dawnych wydarzeń – trudno niekiedy stwierdzić, legendarnych czy historycznych – ale, niestety, jak dotąd pozostaje jedynym odkrytym zabytkiem literatury starorakowej. Poemat zachował się w jednej kopii, pod postacią znękanego przez żywioły (głównie wodę) manuskryptu. Niełatwo było odszyfrować i odczytać zapomniane pismo; niełatwo było przetłumaczyć treść poematu na język tak odmiennego, współczesnego świata. Wszystkie trudy wynagrodziła mi przyjemność poznawania tej opowieści. Nie wątpię, że znajdzie się niejeden czytelnik, który również doceni jej obcy urok. Miłej lektury!

Oto słyszeliśmy o Skrzypłoczach,
o chwale ich dawnych, chrobrych królów.
Pierwszy Paweżnik zbudował Płytkie Królestwo,
choć niegdyś sam był niskim sługą.
Jego dzieci rozszerzyły dziedzictwo
i władzę zdobyły nad walecznymi Mieczogonami.
Wszyscy wzdłuż Wielorybiej Ścieżki
płacili im daninę mięczaków i pierścienic.

Wówczas król Wojsław, prawnuk Paweżnika,
pragnąc uczcić potęgę swego plemienia,
wzniósł wspaniałą, wielką siedzibę,
dom pieśni, biesiad i podarunków,
dom bujnego koralu i pereł – Kordjałfin.
Wysoko rosły rumiane mury, zdobione
kruchymi muszlami, modrym kamieniem
i rzadkimi dziełami nadwodnego rzemiosła.
Żaden dach nie chował biesiadnej hali,
nie bronił dostępu błyskom dwojga tarcz,
bo choć mnogie oczy Mieczogonów
bez trudu przenikały powłoki ciemności,
lubowali się oni w złoto-srebrnym lśnieniu nieba.
Pięknie spływało światło po koralowych ścianach,
tańczyło w kolorowej hali Kordjałfinu.
Nigdy wcześniej nie było wspanialszego domu
i nie zbudowano wspanialszego po jego zniszczeniu.

Mieszkały przez pewien czas u Mieczogonów
zgoda i radość, ale wiele zazdrości
budziło piękno i sława ich przybytku.
Los w końcu odwraca każdy lepszy czas.
Pojawili się złodzieje pereł,
kruszyciele rumianego koralu,
Mieczogonowie bronili się mężnie.
Ale wróg najgorszy – wampiry –
nie pożądał żadnych skarbów Paweżnikowców,
ale ich samych, smaku ich krwi.
Straszne duchy atakowały za dnia,
zjawiały się w zaprzęgach z cienia
i macki zapuszczały wśród Mieczogonów,
magiczne sieci z mgły i wodorostów.
Za pierwszym razem nikt nie pojmował,
kto cień tu przywiódł, czyje są cienkie sieci.
Zaskoczeni, łatwo dali się złapać
i, mimo wysiłków, nikt się nie wydostał.
Cień zabrał ich nad wodę i zniknął.
Część zawodziła, część się zbroiła,
Król zwołał krewnych i towarzyszy.
Radzili się, lecz nim coś rozstrzygnęli,
powrócił cień i uciekli w popłochu.
Lecz nie spłynęły sieci, wampirze sidła.
Zadrżeli wszyscy wobec straszniejszego widoku –
ciała porwanych tonące, zrzucane z cienia,
bez życia ofiary lub bezrozumnie żywe.
Kilku tylko miało w sobie dość krwi,
by przeżyć i straszną wieść przekazać,
jak duchy ściągały z nich swą daninę.
Wiele lat przychodziły wampiry
i przelewała się krew Paweżnikowców.
Walkę podjęli z całą siłą i wolą,
ale przegrywali ze swym przeciwnikiem.

*

Poszły wokoło słuchy o potworach,
co prześladują królestwo Przybrzeżników.
W głębinie dalekiej Foczywilk, sługa Gnierata,
wojownik najświetniejszy pod całą wodą,
zapragnął z wampirami się zmierzyć.
I stało się tak, że pewnego dnia strażnik
na granicy krainy Mieczogonów z Głębinami –
a podobał mu się ten posterunek,
bo bój z wampirami trwał u brzegu –
wypatrzył grupę potężnych wojowników,
zbrojnych jak na wojnę i zwartych.
Zastąpił im drogę bez zwłoki,
choć przeciw sobie naliczył piętnastu.
Machnął groźnie swym mieczem
i ozwał się w te słowy, dobry obrońca:
„Sługą jestem króla Skrzypłoczy,
wartownikiem domeny Wojsława.
Nie dam nikomu nieproszonemu dostępu.
Kim jesteście, Głębinowcy, do kogo gonicie?
Widać, że z was panowie i wojownicy,
zwłaszcza jeden wyróżnia się postawą i zbroją.
Mało na świecie takich mężów!
Tym więcej trzeba mi wiedzieć,
jakie wasze imiona, dokąd idziecie
i czemu dążycie ku naszym domom?
Mówcie prędko, wy z ciemnego morza!”.
Odparł Foczywilk, skarbiec słów otworzył:
„Jesteśmy wojownikami ludu Wielkoraków,
pod godną władzą króla Gnierata.
Jam jest syn Ostrowoda, znany on był w tej okolicy.
Przybywamy, by posłużyć radą i pomocą
Wojsławowi, mężnemu obrońcy Mieczogonów.
Doszły nas słuchy o krwiożerczych duchach,
krążących nad pięknym Kordjałfinem.
Z tymi śmiałkami, towarzyszami świetnymi,
władcy twemu chcę pomóc w walce
z tą zgubą żywych i hańbą zmarłych”.
Mieczogon zadowolony był z mowy:
„Cześć wam! Niech za słowami pójdą czyny!
Chodźcie, poprowadzę was chętnie,
byście nie zbłądzili wśród zdradliwych płycizn”.
Ruszyli. Stróż podziwiał obcy rynsztunek –
pancerze układały się w poczwary,
które nie słyszały nawet o słońcu,
nie wiedziały, co to wygląd
i nie dbały o niego dobrze.
W końcu dostrzegli światła Kordjałfinu –
zmierzch zapadł, nie bano się złodziei krwi.
Za dnia pałac pustoszał z Paweżnikowców,
ale w blasku nocy jak niegdyś się bawili,
choć ciążył na ich myślach dzienny cień.
Na prostym gościńcu zostawił Głębinowców
i pospieszył, stróż, na swój posterunek.

Herold poprowadził ich do królewskiej hali,
klękli przed Wojsławem, Górnym Królem.
Godnie ich przywitał, Ostrowoda znał i gościł.
Przemówił wódz przybyłych: „Bądź pozdrowion,
Wojsławie, Mieczogonów władco!
Jestem Foczywilk z rodu Falochronów,
otoczone sławą jest imię mego ojca.
Niejeden potwór padł już pod mą siłą
i nie ominęły nas słuchy o nieszczęściu,
które padło cieniem na twoje plemię.
Proszę więc o tę jedną przysługę:
pozwól mi i moim przyjaciołom
zmierzyć się na siły ze zmorami.
Krew nasza lub ichnia spłynie na Kordjałfin!”.
Ucieszyły te słowa obrońcę Skrzypłoczy:
„Wielu naszych mistrzów walki
myślało, że przeważą moc potworów,
by skłębić się w ich subtelnych sieciach
i oddać im życie lub umysł.
Od lat nie dane nam cieszyć się dniem,
nie ma radości w rumianym Kordjałfinie.
Żyjemy rozbici, jak zwierzęta bez rozumu,
bo wróg atakuje każdą większą gromadę.
Straciliśmy wielu młodych i starych.
Ale widok waszej mocy daje mi wiarę –
jeśli można w walce pokonać wampiry,
wy to udowodnicie siłą i odwagą”.

Goście zasiedli wraz z gospodarzami,
by posilić się pośród korali Kordjałfinu.
Wódz Wielkoraków wybrał, by spocząć
przy prawicy obrońcy Paweżnikowców.
Miejsce to zaszczytne należało do Miłomira,
bystrego doradcy dobrego króla
i rozsierdzon był on na ten rozbój.
Schował jednak gniew w swoim sercu
i ozwał się głośno, by wszyscy usłyszeli:
„Nie szczupła twa siła, o Szerokopłetwy!
To wie każdy, kto widzi twe kończyny.
Ale na potwory sama siła nie poradzi.
Chytre są i wiedzą, czego chcą –
krwi Mieczogonów. Ich magiczne sieci
nie wyławiają żadnych obcych wojów.
Próbowało przed tobą wielu pancernych,
odeszli bez starcia z ulotnym wrogiem.
Jak ty planujesz podejść przebiegłych?”.
Zamilkło wielu. Odrzekł potworów zabójca:
„Widziałem po drodze druhów waszych,
których nie zdążyliście wciąż zagrzebać –
strasznymi wrogami, zaiste, są wampiry!
Ale, jeśli wasi waleczni wojownicy
nie tracą śmiałości po śmierci,
z ich pomocą pokonam potwory.
Przyobleczemy się w ciała Paweżnikowców
i przed wampirów wzrokiem skryci
wejdziemy na ich nadwodny wóz”.
Straszny fortel wymyślił Foczywilk;
zadrżał Wojsław i zadrżeli wojowie,
ale wreszcie przystał nieszczęsny władca,
tak bardzo pragnął odejścia przykrości.
Stary był już, siły miał stępione,
ale dbał o swoich i dobry był z niego król.

Ciemność mijała, więc zebrano ciała.
Kompania skryła się pod kadłubami,
ale Mieczogonów było za mało –
pancerze wyraźnie prześwitywały.
Drwiąco ozwał się królewski doradca:
„Oto problem – nie wszyscy się ukryjecie.
Który ze zbrojnych najchętniej zrezygnuje
z walki z potworami znad wody?”.
Odparł Foczywilk, syn Falochronów:
„Nie za wiele tu Wielkoraków,
raczej za mało Mieczogonów.
Bracia, razem krwawmy! Brońcie z nami Kordjałfinu!”.
Wystąpiło z Przybrzeżników czternastu wojów.
Foczywilk zmierzył ich zadowolony. Rzekł:
„Dołączy jeszcze jeden do drużyny
i będzie po piętnastu bohaterów.
Może ty, mądry Miłomirze?
Może chcesz dowieść swego męstwa?”.
I Mieczogon dołączył, ale mało chętnie,
bo więcej władał umysłem, mniej mieczem.

Świt nadszedł, czekało trzydziestu śmiałków.
Król ze świtą schował się w ciemnym kącie,
wojownicy czekali w rozpromienionej wodzie.
Straszny był ciężar ciał już straconych,
czas cienko rozciągał minuty... Wtem przyszedł cień!
Poczęły mgliste sieci ogarniać pułapkę,
aż pociągnęły odważnych ku powierzchni.
Wówczas Miłomir ku dnu się wymknął
i odsłonił Foczywilka w swej ucieczce,
ale wysoko już sieci się wznosiły
i potwory nie przejrzały podstępu
póki nie było dla nich za późno.
Krótko potem Miłomir odszedł z tych krain
i jego miano zginęło wśród Mieczogonów.
Żadne pieśni nie mówią o jego życiu.
Możliwe, że nie żyło mu się marnie,
możliwe, że lepiej, niż gdyby sam był martwy.

Długo śledzili wzrokiem wznoszącą się drużynę.
Morze było ciche, jakby cień wyssał całe życie.
Wreszcie rozległy się wrzaski,
przeraźliwe okrzyki potworów.
Przebijały się przez powierzchnię
i docierały do płytkiego dna.
Słoneczna woda zabulgotała i skrwawiła się,
i zgromadzeni poczuli znany smak i woń.
„I Foczywilk nie wytrwał wampirzej furii”,
mówili starzy doradcy króla Mieczogonów,
„Potwory opróżniły jego pancerz”.
Ale zaraz cień odpłynął i zniknął,
i wszyscy ujrzeli Foczywilka w różowej wodzie,
jak zlatuje ku nim z drużyną zwycięzców.
Dwudziestu i czterech wróciło do domu
z wyznaczonej im przez los walki.
Padł jeden Głębinowiec, sługa Gnierata
i dobry przyjaciel Foczywilka, Domarad,
oraz Mieczogonowie: Gostmił, Mścisław
i Borzymir z Boleczajem, dwaj dzielni bracia.
Pamiętali te imiona wszyscy Paweżnikowcy,
póki na wojnie sami nie wyginęli.

I opanowała wszystkich radość nie do opisania,
poprzestanę więc na tym i nie będę próbował.
Wódz Szerokopłetwych niósł w swych szczypcach
bladą kończynę, dowód tryumfu nad bestiami,
miękkie ramię, dwakroć większe od Mieczogona.
Rzekł do króla najdzielniejszy z żywych:
„Cześć ci, synu Paweżnika, królu Przybrzeża!
Dałby los, wręczyłbym ci lepszy dar,
wielkie ciało całego wampira,
ale zadowala mnie i ta zdobycz.
Trzech ich było, a mieli siłę trzydziestu.
Rośli, tylko ja się z nimi równałem.
Ale zaskoczenie dało nam zwycięstwo!
Cieszcie się, bo zginęło dwóch wrogów z cienia.
Uszedł trzeci, ale i z niego ujdzie życie,
bo okupił wielką stratą swoją ucieczkę”.
Tu Foczywilk wzniósł wysoko blady szpon,
po czym przekazał go władcy Paweżnikowców.
Wojsław odpowiedział walecznemu wodzowi:
„Wielką masz w szczypcach władzę
i słusznie okryjesz się sławą.
Przyjdzie czas, że będziesz potężnym panem”.
„Co los przyniesie, poniesiem”, odparł Foczywilk,
ale w sercu cieszyły go słowa króla.
„Co los przyniesie, potem zawsze odbierze”,
poważnie odrzekł rozdawca pierścienic.
„Po rozkwicie przychodzi rozpad.
nie daj się nigdy dumie,
nie śmiej wierzyć, że wieczna twa siła.
Gdy za młodu budowałem moją siedzibę
chciałem tylko chełpić się swą potęgą,
zbudować piękną pamiątkę dla mego rodu.
Po latach walki nie widziałem już wrogów,
niegroźni mi byli żadni nieprzyjaciele –
i wtedy wampir zbudził mnie ze snu o wieczności.
Lata płyną i po każdego w końcu przychodzi los”.
Skłonił się Foczywilk, odrzekł tymi słowy:
„Mądrze mówisz, władco Mieczogonów.
Ale póki możemy, cieszmy się, z czego mamy –
zezwól świętować. Wielkie jest nasze zwycięstwo!”.

Ale król kazał czekać i czuwać,
czy z zemstą nie przyjdą znów zmory.
Gdy przeszło bez odwetu potworów
dwakroć po siedem dni, rzekł król:
„Zaiste, wielkie jest nasze zwycięstwo!”.
I miał rację rozważny władca,
bo choć ród wampirów nie wyginął tamtego dnia,
unikały przez wiele pokoleń tej okolicy
i Mieczogonowie mogli walczyć między sobą.

I w hali Kordjałfinu wyprawił Wojsław huczną biesiadę.
Na wieść o zwycięstwie nad wampirami
wielu ściągnęło, by świętować wspólnie.
Całe plemię Paweżników w przyjaźni –
nie zjawiła się jeszcze zawiść,
nie zrodziła wśród nich zdrady.
Nigdym nie zasłyszał o większej zabawie.
Foczywilka, królewskiego faworyta –
bo Wojsław do serca go przyjął jak syna –
usadzono między dziećmi akwatriona,
Wyszemysłą oraz Wieloborem.
Nad biesiadnikami zawisło ramię bestii,
wbite w szczyt wysokiej ściany,
dobrze widoczny dowód waleczności
wojów mieczogonich i wielkoraczych.
Choć prędko blade ciało psuć się zaczęło
i rychło został z niego tylko rdzeń,
biały jak nenufar i twardy jak niby-złoto,
to ostał się on aż do upadku rodu
i ruiny murów rumianego Kordjałfinu
po końcu żywota starego króla.
Bo waśń czekała dzieci Wojsława!
Wyszemysła była starsza i król ją wybrał,
ale kobietę niewielu chciało na króla,
bo pojętna była i to było podejrzane.
Tak bój się zaczął między bratem a siostrą
i pogodzili się w pośmiertnym uścisku.
Ale tamtego dnia wciąż dobrze ze sobą żyli –
ręka ojca trzymała nad nimi rozejm.

Wyśpiewano wtedy wiele wyśmienitych pieśni,
wyśmienitszych może nawet niż wyczyny,
o których opowiadały. Za swą odwagę
Foczywilk dostał wielkie dary.
Odznaczała się wśród nich obręcz
z cudownej materii – miękka była, ale mocna.
Jej powierzchnię całkowicie pokrywały
znaki, których pochodzenie zapomniano
i mało wiedziano, o czym mówią.
Foczywilk Gnieratowi ją wręczył w godnej ofierze,
ale on niósł obręcz w nieszczęsnej bitwie,
w której zguba jego ród znalazła
i dostali wrogowie dar od Wojsława.
Następnie król obsypał kosztownościami
walecznych Mieczogonów i Wielkoraków,
którzy tak wykazali się w boju z wampirami,
oraz złotem i klejnotem dla krewnych
uczcił pamięć zwycięskich zmarłych.
Trzy radosne dni trwało świętowanie –
pieśni, ucztowanie i wymiana podarunków.
Czwartego dnia czternastu bohaterów
ruszyło w daleką drogę do domu.
Przy granicy z Głębinami
spotkali znajomego strażnika.
Wartownik przywitał ich wesoło:
„Nie oczekiwałem, że znów was ujrzę.
Nie powinien był powątpiewać
w waszą siłę, o wielcy wojownicy!
Ale widzę, że mój pan się na was poznał.
I podobno wspaniałą biesiadą wam podziękował!”
Przemówił Foczywilk, drużyny przywódca:
„Zaprawdę, ominęła cię wspaniała zabawa.
Lecz ktoś musi wypatrywać wrogów z Głębin”.
„Wrogów i przyjaciół”, odparł wartownik.
Spodobały się Foczywilkowi te słowa
i przy rozstaniu dał stróżowi kunsztownej roboty
dzidę ze złoconego kamienia i mewich dziobów,
którą wcześniej otrzymał od króla.

*

Rychło po powrocie Foczywilka do kraju rodzinnego
król Gnierat nierozważnie ruszył na Kikutnice
i wycięto do dna cały jego dom.
Sam Foczywilk w bitwie w Zatoce Fryzów
zginąłby niemal, gdyby nie zdołał zmylić pościgu
i uciec śmierci niebezpieczną, suchą ścieżką.
Wtedy Wielkorakowie wzięli go na króla
i dobrze żyli pod jego rządami.
Zabijał potwory i zwyciężał wrogów,
płacili mu potem daninę z pierścienic.
Minęły lata. Utrzymał chwałę swego ludu,
zestarzał się, ale nie dał zniknąć swoim siłom,
choć czuł w swym ciele kły czasu.
Wciąż były mocne szczypce Foczywilka,
gdy przyszło mu zetrzeć się ze swoim zabójcą.

Bowiem nagle zjawiła się bestia,
potwór bez porównania,
monstrum z gorąca i twardego metalu.
Deptał swych wrogów, a wodę wokół
przemieniał w trujące płyny.
Nie widziano takiego wcześniej pod wodą,
a kto próbował się przyjrzeć, nie przeżywał.
Uciekali wszyscy przed jego oddechem,
a on pustoszył kraj bez przeszkody.
Przyodział więc Foczywilk swój pancerz,
zebrał doborowy zastęp wojów
i prędko ruszył przeciw potworowi,
choć przeczuwał, że to jego ostatni pojedynek.
I przeznaczenie nadchodziło, nieznane, ale pewne.
Nagła słabość, nadejście starości,
walki na ziemi, w powietrzu i wodzie
pokonały jego wiernych przyjaciół.
Gdy przyszła dla drużyny godzina próby,
tylko jeden z niej wytrwał przy swym wodzu,
młody Utrowoj, ostatni z Falochronów,
krewniak i dziedzic króla.
Prawy wojownik, prowadził Wielkoraków
w nieszczęsnych bojach, które miały nadejść.
Zdołali we dwójkę zgładzić potwora,
ale okrył on ciężkimi ranami ich obu
i wiedział stary władca, że umiera.
Wróciły do niego słowa Wojsława
i światła koralowego Kordjałfinu.

Waleczni Wielkorakowie
po raz ostatni oddali cześć królowi,
co zginął dla nich zwycięsko.
Nie było radości z zagłady bestii,
bo utracili swojego obrońcę
i lękali się, co los im przyniesie.